); ga('send', 'pageview');

Wędrówki po górach Europy, Alpy, Apeniny, Tatry, Pireneje, Góry Dynarskie

Besshø – 2 258 m

Norwegia siedziała mi w głowie praktycznie prawie od początku górskiej pasji. Po objazdówce Alpy – Masyw Centralny – Pireneje, w roku 1998, następny rok planowałem coś podobnego po Górach Skandynawskich. Jednak nie udało mi się wtedy zebrać ekipy.

Każdego roku jakoś brakowało determinacji, szczególnie zniechęcała odległość i dwa dni jazdy. Ale postanowiłem sobie być tam przed skończeniem pięćdziesiątki – czyli w tym roku ostatnia taka szansa. Jeszcze jeden fakt dopomógł w podjęciu decyzji – moje pociechy pojechały do tego kraju zbierać truskawki i docierały apele o pomoc żywnościową.

Na początku chciałem polecieć samolotem i tam wypożyczyć samochód, ale ceny skutecznie mnie zniechęciły, więc została opcja -samochód +prom. Niezawodny kolega, z chęcią przyłączył się do dzielenia kosztów.

Nie wiem w jaki sposób udało się zapakować wałówę dla pracowników od trzech rodzin, wiozłem nawet dwa placki. Jak się dobrze poukłada do do kompaktowego samochodu można naprawdę sporo spakować, nawet było jeszcze miejsce.

Wyruszam w prawie 900 km trasę do Świnoujścia, z zapasem godzinowym, żeby się nie stresować, w kwestii spóźnienia się na prom. Zaliczamy nawet godzinne plażowanie w Międzyzdrojach, mamy chyba najgorętszy dzień w roku – aż 36 stopni, temperatura Bałtyku jak Adriatyku.

Po raz pierwszy płynę promem, więc na miejscu zjawiam się dużo wcześniej. Przejeżdżam przez odprawę, nikt mnie nie zatrzymuje, więc staję w kolejce. Zauważam w samochodach karteczkę z nazwą promu, więc wracam do budki, gdzie Pani twierdziła, że nas wołała, ale nie reagowaliśmy. Przypływa na statek, jestem pod wrażeniem, ile tirów się w nim mieści. Wyjeżdżają ponad godzinę.

Teraz nasza kolej, parkujemy na pokładzie i udajemy się do kabin, bo wykupiliśmy je sobie. Dobra opcja na jazdę, rejs nocny, więc wyspani na drugi dzień rankiem (o szóstej) opuszczamy prom i jedziemy dalej. Z Ystad prowadzi droga szybkiego ruchu, dopiero przed Malmö jest autostrada. Ruch dużo mniejszy niż w Polsce, ale dozwolone prędkości to ledwie 110 km/h.

Krajobraz początkowo rolniczy, im dalej na północ tym większy udział lasów, ciekawiej robi się w okolicach Göteborga, niewielkie granitowe wzniesienia i już wybrzeże z krótkimi fiordami. Ładny most koło Udevalli. Po upałach, im bliżej Norwegii, tym gorsza pogoda, zachmurzenie i temperatury nieco ponad 20 stopni.

Granica to most nad fiordem, znaki nakazują zjazd z autostrady na zwężenie, z punktem kontroli granicznej. Ale nikt nas nie zatrzymuje (mogliby się przyczepić do zawartości wałówki, dziesiątki schabowych itp).

W Norwegii jeszcze niższe limity prędkości, trzeba zaznaczyć, że jest tu wiele fotoradarów, a mandaty wysokie. Do dziś jeszcze nie przyszła faktura za autostrady, zarejestrowałem się na stronie AUTOPASS, skąd wiem, że do zapłaty mam około 200 zł na nasze, ale w odpowiedzi na maila dowiedziałem się, że fakturowanie trwa do dwóch miesięcy.

Generalnie podróż prze południową Norwegię nie dostarcza wielkich wrażeń estetycznych – takie nasze Beskidy, tyle, że z dużą liczbą jezior. Im dalej od Oslo, tym teren rzadziej zaludniony. Google prowadzi już przez totalne bezludzie, tylko las i las. Nagle, tuż przed kołami wyskakuje sarna – uff, nic się nie stało. Nie na darmo są znaki – uwaga na łosie.

Dalej nawigacja prowadzi jeszcze w dziksze ostępy, aż do szlabanu – muszę zapłacić około 30 PLN – kartą, drugi szlaban – przy wyjeździe automatycznie się otworzył. Dzieci pracują w totalnym zadupiu, a nawigacja prowadzi przez całkowicie bezsensowne drogi, szutrowe, nawet na podwórka domów, ale trzymając się w miarę głównej drogi udaje się.

Czas na pobudkę i rozładunek prowiantu. Godzinny odpoczynek i prysznic dobrze mi zrobił, przed nami jeszcze prawie 200 km. Ruszamy dalej, znów lasy i jeziora, ale tereny coraz ciekawsze, góry coraz wyższe. Coś już w stylu Babiej. Za Skammestein mamy pierwszy widok, po dwóch dniach jazdy na prawdziwe turnie – w oddali zaśnieżone Jotunheimen. Teraz aż się chce jechać. Droga zaczyna się wspinać, mijamy charakterystyczne domki z trawą na dachu. Robi się coraz zimniej.

Krajobraz całkowicie się odmienia – z lasów wkraczamy w bezkresną tundrę, po lewej mamy dwa charakterystyczne szczyty – Bitihorn i Sysnhorn – te nazwy jeszcze zjadliwe, inne – można połamać język, po prawej ogromny płaskowyż z wielkimi jeziorami. Widoczność krystaliczna, ale wieje silny, lodowaty wiatr, skutecznie wybijający z głowy pomysł wejścia na jeden w wcześniej wymienionych wierzchołków.

Człowiek jest trochę oszołomiony, godzina 20.00, a tu jasno, jakby dopiero co popołudniem. Zmęczeni dwudniowym przejazdem, szukamy miejsca na nocleg. Niby wolno się rozbijać na dziko, ale na co lepszych parkingach jest zakaz. Zahaczamy jeszcze z ciekawości, jak wygląda najpopularniejszy punkt wypadowy w Jotunheimen – Gjendesheim.

Jedziemy dalej, zobaczyć , skąd jutro ruszamy – jest tutaj postój i miejsce z wieloma namiotami. Rozbijamy swoje. Praktycznie nie ma nocy, co najwyżej zmierzch. O 23.30 słońce jeszcze oświetla szczyty za jeziorem, nad którym leżakujemy.

W nocy nie śpię zbyt dobrze, nie wiem czy to wina wypitych energetyków w czasie jazdy, czy to, że cały czas jasno, a może przenikliwe zimno. Wstaję wczesnym rankiem, znaczy wg. polskich zwyczajów, bo tutaj pewnie ranek był przed 3.00. Śniadanko, zwijamy manatki do samochodu i ruszamy na szlak.

Jesteśmy w Bessheim, nad jeziorem Øvre Sjodalsvatnet. Początkowo ścieżka bardzo dobrze widoczna i w miarę oznakowana. Można stąd ruszyć na najpopularniejszy szlak, nawet nie wiem, czy w całej Norwegii – Besseggen. Na cel to jednak góra Besshø.

Po około godzinie docieramy nad jezioro Bessvatnet. Po lewej widzimy grzbiet Besseggen, za którym leży szmaragdowe Gjende. Różnica wysokości tych dwóch akwenów to prawie 400 m, bardzo częsty motyw fotograficzny, szczególnie popularny w dobie Instagramów czy tiktoków. Ale ja wolę widok na dzikie szczyty w Jotunheimen.

Tu doświadczam charakteru norweskich szlaków, bardzo słabo oznaczone, trzeba się wspomagać mapami, a teraz, dzięki technologii – aplikacjami typu Bergfex czy Mapy.cz. Nie ma w ogóle szlakowskazu na naszą górę, jedynie na Glitterheim lub Besseggen. Podążamy widoczną ścieżką wzdłuż jeziora. Pogoda na razie – kryształ. Przed nosem mamy cały czas cielsko naszego celu, z małym lodowcem pod szczytem, nie wygląda na trudny.

Przejrzystość powoduje, że wydaje się blisko, ale jezioro okazuje się ogromnie długie, typowe – polodowcowe rynnowe. Rada – potrzebne porządne, nieprzemakalne buty, teren co jakiś czas to grząskie torfowiska, co kawałek płynie jakiś strumień do przekraczania.

Szczyt zaczyna spowijać mgła, zaczynamy się niepokoić, czy będziemy cokolwiek widzieć. Wreszcie odbicie w stronę góry. Podejście żmudne, ścieżka co jakiś czas znika i zamienia się w piarżysko. Trzeba wyszukiwać kopczyków, a nie zawsze łatwo je zlokalizować. Wspomagamy się czasem aplikacjami, żeby w miarę wrócić na trasę – której generalnie nie ma. Zasięgu nie ma, na szczęście ściągnąłem sobie wcześniej mapy w trybie offline.

Kopczyki to tylko jakby sugestia – tu można iść, ale równie dobrze – gdzie indziej, bo nie ma ścieżki, tylko skakanie po skałach. Czasem ta, która wydaje się wielka i stabilna, okazuje się chybotliwa i chwiejna, i na odwrót – mała – gdzie spodziewam się uślizgu – trzyma się mocno. I tak generalnie cały czas, wśród złowieszczych mgieł i chmur, unoszących się z dolin.

Nadzieję daje czasem prześwitujące słońce. Gdzieś w 2/3 podejścia dopada nas zmęczenie, znajdujemy wygodne skały i zapadamy w godzinną drzemkę. Po pobudce, trochę się przejaśniło, na horyzoncie, ponad chmurami pojawiły się szczyty pasma Rondane.

Ciąg dalszej wielkiej improwizacji szlakowej, widzimy lodowczyk pod szczytem, a za nim, drugi szczyt Norwegii i Gór Skandynawskich – Glittertind. Czasem jest najwyższy, gdy wzrośnie grubość czapy śnieżnej. Nie wygląda za ciekawie, kawał rozległej skały. Kolega poczuł „zew natury”, więc samotnie i żmudnie, krok za krokiem docieram na szczyt.

To jest to, co tygryski lubią najbardziej – panorama na równi z widokami alpejskimi – ekstraklasa. Dzikie góry po horyzont. Skały, śnieg jeziora i lodowce. Po prostu Arktyka. Teraz same przyjemności – posiłek, focenie i kontemplowanie widków. Najładniejszy motyw – jezioro Gjende z szczytem Knutsholdstinden w tle. Reszty nie będę wymieniał, bo, o ile nie mam trudności ich zapamiętywaniem w innych państwach, to w Norwegii to wyższa szkoła jazdy.

Dla obowiązku dodam, że widać Galdhoppigen – czyli najwyższy w Skandynawii oraz dziki grzbiet Hurrungane. Całość drogi na szczyt zajęła 5 godzin, ale powinna zająć 4 – bo godzinę spaliśmy. Spędzamy tam ponad godzinę, spotykamy jeszcze 4 innych turystów.

Zejście, podobnie jak podejście, nie należało do przyjemnych. Po drodze spotykamy jeszcze dwóch turystów. Dalej gubię szlak i już na przestrzał staram się dojść do ścieżki nad jeziorem. Nie było to łatwe, znów rumowiska, grzęzawiska, przekraczanie potoków, ale w końcu jestem.

Pora na niekończącą się drogę nad jeziorem Bessvatnet. Większa ilość ludzi jest dopiero przy spotkaniu ze szlakiem na Besseggen. Jeszcze blisko godzinne zejście do Bessheim i upragniony samochód. Tutaj posiłek i kąpiel w jeziorze – oczywiście bardzo zimnym. Czeka nas dziś jeszcze ponad 100 km trasa do Geiranger. Ale mój cel nr1 zrealizowany, a Jotunheimen do teraz siedzi mi w głowie.

Szlak piękny, dziki, bardzo trudny orientacyjnie. Co mnie zdziwiło, bardzo mało zwierząt, w Alpach przyzwyczajony jestem do dużej ilości ptaków, często spotykałem świstaki, kozice czy koziorożce, nie mówiąc o krowach czy owcach. Tutaj jedynie pardwy – nawet nie było much czy komarów.

Ale, gdyby była taka możliwość, z chęcią bym tu kiedyś powrócił, nawet wiem, na jaki szczyt – i nie jest to Galdhoppigen.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

− 2 = 4