); ga('send', 'pageview');

Wędrówki po górach Europy, Alpy, Apeniny, Tatry, Pireneje, Góry Dynarskie

Cicha Dolina – 1280 m

To najdłuższa dolina tatrzańska, uważana przez większość polskich geografów za granicę Tatr Wysokich i Zachodnich. Realizując plan przejścia wszystkich szlaków, była na bardzo odległym miejscu. Ale i na nią przyszedł po latach czas. Zostało mi naprawdę niewiele. Z tych główniejszych to chyba tylko Baraniec. Po słowacku to po prostu Ticha dolina.

Ale problem tkwił właśnie w jej długości. Nie ma za bardzo gdzie stąd uderzyć. Do wyboru – Zawory – może i pięknie, ale dopiero co tam byłem, ale od strony Doliny Koprowej oraz Kasprowy – ale ten cel odpada na wstępie, z wiadomych powodów.

Postanowiłem więc to zrobić najszybciej, jak można, czyli rowerkiem. Okazuje się, ze bez problemu mieści się on w tyle Kia Ceed, po złożeniu siedzeń. Nie ruszam, jak przeważnie, o 5.00, tylko po godzinie 6.00. Czas mnie nie goni.

Przejazd do parkingu w osadzie Podbanské przebiega bez zakłóceń. Szybko i sprawnie. Odległość 150 km. Pod Tatrami obserwuję, to co niestety stało się normą – nieskończone sznury samochodów zaparkowane wzdłuż „Drogi Wolności”. Inaczej już nie będzie. Chodzenie po górach stało się równie popularnym sposobem spędzania wolnego czasu, jak wizyta w galerii handlowej. Jedyna opcja – być tu bardzo wcześnie rano.

Ale Podbanské jeszcze nie do końca dopchane. Parking bezpłatny, ponoć to jedna z rzadziej odwiedzanych dolin. Wypakowuję bicykla i ruszam. Trochę obawiam się, jak mi pójdzie, bo nie jeździłem bardzo dawno. czeka mnie koło 13 km w górę. Po krótkim kawałeczku asfaltem jest drewniany znak w prawo – na drewniany mostek – właśnie do Cichej Doliny. Lekki podjazd z widokiem na Krywań. Pogoda nie taka wspaniała, jak zapowiadano. Całe niebo jest przykryte chmurami, ale może to i lepiej – nie będzie tak gorąco.

Po niedługim czasie docieram do rozwidlenia – Koprowa lub Cicha. Wiadomo – w lewo. Asfalcik robi się węższy, wyprzedza mnie może trójka sprawniejszych kolarzy, a ja spokojnym tempem pedałuję. Bardzo minimalnie pod górę, więc nie męczy mnie to zbytnio. Co jakiś czas są „odpocivadla”, więc jest gdzie się zatrzymać. Ich lokalizacja jest OK, bo przeważnie w miejscu, gdzie coś widać, a nie w środku lasu.

Po drodze mamy widoki na Smreczyński, a później – Tomanowy Wierch Polski. A przed nosem Goryczkowe Czuby. Po prawej – Grupa Liptowskich Kop, ale wierzchołki niewidoczne. Obszar ponoć obfituje w niedźwiedzie, ale nie spotkałem żadnego. W jednym miejscu widać gościa, wpatrującego się w stoki, ale ja nie zauważam nic. Wydaje mi się, że jest nawet lekko w dół, ale to tylko złudzenie.

Po około 10 km do pejzażu dołączają stoki Czerwonych Wierchów, całkiem inaczej się stąd prezentują, rzadko nawet uwieczniane na fotografiach. Potok Cicha Woda – rzeczywiście cichy, wije się leniwie, albo całkiem znika w kamienisku. Dopiero w górnym piętrze ma charakter bardziej górskie, jest nawet mały wodospad, a obok niego odpocivadlo. Końcowe 2 km to trochę większy podjazd, lekko mnie zmęczył, ale nie było to „na ostatnim oddechu”. Mostek i otwiera się widok dodatkowo na Świnicę z Walentkowym. Jeszcze mały kawałeczek i koniec. Ostatnie odpocivadlo, a koło niego masa rowerów.

Pewnie na szlakach jest dość dużo ludzi. Ale prze chwilę jestem sam, potem dociera małżeństwo z dzieckiem. Teraz czas na odpoczynek i focenie. Sam początek jesiennych motywów. Jarzębina i lekko przyrumienione hale – ale nie na wszystkich szczytach.

I tyle, nie idę w góry, wracam na luzie, cały czas w dół, tak to się jedzie. Ale im bliżej końca doliny, tym więcej ludzi. Pryska mit o małym ruchu. Całe rodziny, tylko kilku turystów na nogach, większość rowerami. I jeszcze kupka niedźwiedzia na drodze. Nie było jej, jak jechałem w górę. Poczekał, jak przejadę i zrobił swoje.

Jako szlak rowerowy – najlepszy w Tatrach, jako pieszy – niekoniecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

− 1 = 2