); ga('send', 'pageview');

Wędrówki po górach Europy, Alpy, Apeniny, Tatry, Pireneje, Góry Dynarskie

Stabbeskaret – Trollveggen – 1431 m

Jak na Norwegię, miałem szczęście do pogody, już trzy dni dało się chodzić po górach, bez ucieczek przed ulewami czy wichurami. Czwarty dzień też dawał nadzieję, prognoza pokazywała załamanie pogody dopiero na popołudnie.

Po kolejnym noclegu nad malowniczym Romsdalfjord, zwijamy obozowisko i jedziemy pokonać kolejny raz słynną drogę Trolli. Muszę przyznać, że w jej przypadku jest na odwrót, niż zazwyczaj. Przeważnie zdjęcia nie oddają pełnego wrażenia, a tu, wg. mnie, na zdjęciach wygląda bardziej imponująco, niż jest w rzeczywistości. Trasa owszem, malownicza, szczególnie fajny jest wodospad spadający tuż przy jezdni, zalewając wodną mgiełką szybę w samochodzie, ale jezdnia jest dość szeroka, zakręty nie tak strasznie agrafkowe, no i brak przepaści „pod łokciem”.

Na pewno wiele tras alpejskich dostarcza bardziej mocne wrażenia. Z racji wczesnej pory, ruch zerowy, więc mogę nawet nagrywać przejazd. Docieramy na parking – też prawie pusty, nie licząc kilku kamperów, gdzie mimo zakazu, parę osób nocowało.

Na początek udajemy się na metalowe platformy widokowe, mijamy zniszczony przez tegoroczną lawinę budynek restauracji. Potem już na szlak. Pogoda tka sobie, chłodno, ale pułap chmur powyżej szczytów, więc OK. Widoki są.

Podejście dość strome, poprzednie trzy dni czuję już w nogach, i kondycja już nie taka. Im wyżej, tym szlak gorzej widoczny. Docieramy do kotlinki z jeziorem, dopiero co uwolnionym od lodu i śniegu. Wokół szum wodospadów, śniegu jeszcze sporo, a jestem na wysokości około 1000 m.n.p.m.

Dalej szlak ginie wśród ogromnego głazowiska. Do czego już się przyzwyczaiłem, trzeba szukać kamiennych kopczyków, ale samemu szukać najwygodniejszej drogi, skacząc po skałach. Dość to uciążliwe i męczące. Zauważamy większy kopczyk na wzniesieniu, więc kierujemy się na niego.

Stromo, wyczerpująco. Gdy docieramy do piramidki, mamy już pełnię zimy, pola śnieżne. Po prawej powinny być dwa jeziora, ale ich nie widać. Za śniegowce, powyżej widzimy wzniesienie z kolejnym kopczykiem. Idziemy na wprost, zaczyna padać. Szczęście w nieszczęściu takie, że zacina w plecy, a nie w twarz.

Po pokonaniu pola śnieżnego docieramy na grzbiet ponad kolejną doliną z jeziorem poniżej. Po prawej widzimy turnie Store Trolltinden. Po drugiej stronie jest słynna ściana Trolli. Zauważamy też jeziora, które powinny nam towarzyszyć po prawej stronie, ale są prawie całe zasypane śniegiem, jedynie małe fragmenty to nierealnie błękitna woda.

Teraz pozostało iść śnieżną granią na Stabbeskaret, czyli szlak wiodący nad największą w Europie przepaść. Trzeba trochę stracić wysokości, aby potem wspinać się po głazach. Wreszcie docieramy do celu. Ale lufa!

Przestrzeń pod nogami zapiera dech w piersiach. Grubo ponad kilometr pionowej, a nawet przewieszonej skały. Nogi robią się jak z waty. Chodzę po górach od 30 lat, ale takiego czegoś nie widziałem, nawet w Alpach. Pogoda nawet lekko się poprawia, mamy przebłyski słońca. Poniżej wspaniała dolina z rzeką Rauma oraz widok na szlak z poprzedniego dnia – Romsdalseggen oraz charakterystyczny szczyt – Romsdalhornet, ale stąd nie wygląda tak ładnie.

Można stąd kontynuować wędrówkę na druga przełęcz z inną częścią ściany Trolli, czy na sam szczyt Store Trolltinden, ale za godzinę ma już się skończyć pogoda. Więc pozostaje powrót, tym razem widać ścieżkę, łatwiej, bo przez kolejne płaskie pole śnieżne. Znów zaczyna wiać i padać, potem zabawa w szukanie szlaku na głazach. Parę razy zbaczamy zbytnio i ratujemy się aplikacją, żeby wrócić mniej więcej na szlak. Ale pod koniec całkiem gubię trasę i muszę przekraczać dwa potoki, żeby wrócić no „dobre tory”

Teraz znów przejaśnienie i mamy widok na dwie charakterystyczne turnie nad trasą Trollstigen: Kongen i Bispen, a w oddali szczyt Finnan z lodowcem, mimo, że ma zaledwie coś ponad 1700 m. Na trasą już mrowie ludzi, na metalowych platformach tłumy. A my pokonujemy samochodem „drabinę Trolli” po raz trzeci i uciekamy przed deszczowym frontem do Szwecji.

Jeszcze warto nadmienić, że droga przed Dolinę Romsdal jest niesamowita. Nie widziałem nigdzie takiego zagęszczenia wodospadów. Praktycznie co kilkaset metrów mamy je, to z prawej, to z lewej. I to takie o wysokości grubo ponad 100m.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

− 3 = 2