); ga('send', 'pageview');

Wędrówki po górach Europy, Alpy, Apeniny, Tatry, Pireneje, Góry Dynarskie

Tępa – 2285 m

Październik w 2019 roku był niesamowity. Zaoferował trzy tygodnie pięknej pogody non stop. Ostatni weekend – prognoza – marzenie. Bezchmurnie, temperatura około 20 stopni. Nie usiedzę w domu – muszę gdzieś ruszyć. Zaczyna mi brakować szlaków w Tatrach. Generalnie zostało mi trzy, ale wszystkie bardzo odległe – nie na krótkie jesienne dni. Analizuję i wybieram -może Tępa. Szczyt pozaszlakowy, ale w miarę łatwo dostępny.

Wyruszam po 5 rano, tak, aby być w Piwnicznej około 6.30 – bo wtedy otwierają znany sklep sieciowy. Wycelowałem prawie idealnie, bo czekałem 5 minut na otwarcie. Zakupuję szturmżarcie: czekoladę, bułkę czosnkową i sok. Dojazd przez Kotlinę Spiską tradycyjnie – we mgle. Ale już bliżej Tatr ustępuje. Nie ma bata – musi być pięknie. Ale na większości parkingów tłoczno – Słowacy też rzucili się na Tatry – to ostatni taki weekend w roku.

Przed godziną 8.00 jestem na postoju przy stacji Popradske Pleso. Myto 6 Euro i ruszam. Jeszcze lekki mrozik, ale przed oczami rude stoki Tatr oraz las upstrzony pomarańczowymi już modrzewiami. Ani śladu śniegu w górach – o tak późnej porze to nie jest częste – chociaż w ostatnich latach, na skutek ocieplenia klimatu coraz częstsze. Cisnę mocno asfaltówką do Popradzkiego Stawu, postanawiam kierować się na Symboliczny Cmentarz pod Osterwą. Chyba niepotrzebnie dołożyłem drogi, ale za to miałem nagrodę. Docierając do jeziora mam nieruchomą taflę i Tatry odbijają się w nim jak w lustrze. Chyba nigdy nie miałem takich warunków foto – czego nie zamierzam odpuścić.

Nie robię odpoczynku, lecz ciągnę w górę, zakosami na Przełęcz pod Osterwą. Poprzednim razem, jak tu byłem, wiał halny i widoki ograniczone. Dziś – full serwis. Te podejście to jedno z moich ulubionych – dość strome, ale nie zabijające jak np. do Doliny Pięciu Stawów Spiskich czy pod wodospad Skok. Mimo, że moje tempo wydaje mi się dobre, urywam zaledwie 5 minut z szacowanego czasu – może dużo tracę na zdjęcia.

Od parkingu dotarcie tutaj zajęło około 1 godziny. Jest już lekki tłumek – więc znów nie odpoczywam, lecz jednym ciągiem odbijam w lewo, na widoczną wydeptaną ścieżkę. Tak – ona prowadzi na Tępą, choć nie ma tu szlaku. Ale za bardzo nikt się tu tym nie przejmuje – co zobaczyłem przy zejściu, mijają spore grupy ludzi.

Na razie idę ja, a za mną słowacka para. Postanawiam podejść do widocznego wyżej skalnego grzebienia. Nie, to nie szczyt Tępej, lecz jej grzbiet. Wreszcie decyduję się na odpoczynek. 2,5 godziny forsownego marszu non – stop trochę mnie wypompowało. mija mnie para, też idą na Tępą. Ja w samotności chłonę atmosferę góra – cisza, widoki bajeczne – otoczeni Doliny Złomisk, Wysoka, grań Baszt, Dolina Mięgusozwiecka, a na południe całkiem nieźle widoczne Niżne Tatry a nawet Wielka Fatra.

Mam nawet myśl, żeby odłożyć wejście na Tępą, a może zaliczyć niższy widoczny szczyt – Klin. Ale po odpoczynku nabrałem trochę sił, więc jednak idę na szczyt. Droga się trochę komplikuje, bo nie widać już ścieżki, trzeba samemu wyszukiwać drogi po głazach – porośnięte porostami są trochę śliskie i trzeba uważać. Niepotrzebnie trzymam się grani – bo tutaj trudniej, lepiej obejść trochę szczyt i potem w miarę prosto w górę – tak łatwiej.

I tak, po około 3,5 godziny jestem na Tępej. Widok niewiele rozleglejszy, niż z miejsca odpoczynku – znajdująca się po prawej Kończysta skutecznie zamyka widok na dalszą część Tatr. Nie ma za wiele miejsca na wierzchołku, jest dość przepastnie, na razie jest tu 4 osoby, więc się mieścimy. Każdy ma swój kamień. Później będzie tu tłoczno. Przeżywam chilę grozy, bo zmieniałem kartę w aparacie i mi wypadła. Na szczęście w miejsce, gdzie zdołałem ją dosięgnąć. A mogła polecieć w przepaść. Spędzam na wirzchołku dobre ponad pół godziny. Są to chwile nagrody – widoki, cisza. O to chodzi w górach. Pogoda jedna z najlepszych, jakie miałem w Tatrach.

Zejście już bez historii, nie licząc tłumów, z którymi się mijałem na zakosach z Osterwy, dziewczyny robiące sobie fotki na Instagram – obowiązkowo siedząc tyłem, a nad Popradzkim Stawem – istny armageddon – setki rodzin z małymi dziećmi, rowerzyści itd. Jak dobrze być rano – unika się tego wszystkiego. Każdy chce się cieszyć górami, ale Tatry są za małe, na ilość chętnych. A wracając z Tatr widzę niekończące się sznury samochodów zaparkowanych po obywdwu stronach jezdni przez parę km, przy każdym wejściu na szlaki. A pamiętam, jak końcem lat 90-tych byłem jesienią jednym z nielicznych turystów po słowackiej stronie Tatr.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

+ 20 = 28