); ga('send', 'pageview');

Wędrówki po górach Europy, Alpy, Apeniny, Tatry, Pireneje, Góry Dynarskie

Monte Vioz – 3645 m. n. p. m.

Szczyt Monte Vioz jeszcze niedawno nie był w kręgu moich zainteresowań. Mam w głowie listę alpejskich celów do zrealizowania. W miarę czasu, ona się zmienia, głównie, gdy coś z niej skreślę, tzn, że tam już byłem. Tym razem, wertując lekturę internetu, znalazłem, że jest szczyt o wysokości ponad 3600, na który może wejść kiepski hiker, taki jak ja. Byłaby to czwarta pod względem wysokości góra mojego życia. I w ten sposób Vioz awansował w hierarchii jaki jeden z najważniejszych szczytów do wejścia.

Po noclegu w Brunico, postanawiamy wyjechać jak najwcześniej rano, bo trzeba przebyć około 180 km czyli około 3 godzin jazdy. Ale ten dzień okazał się być torem przeszkód.

Przeszkoda nr 1, zamknięty szlaban, dziadek z kempingu otwiera dopiero o 7.00. Niby jest jakiś dzwonek na domu, ale nikogo on nie rusza. Ale Polak potrafi – miałem w samochodzie zakupiony w Biedrze wielofunkcyjne kombinerko-scyzoryk. Odkręcam śrubę, udaje się w ten sposób otworzyć szlaban, zakręcamy bez śladu znaku.

Ruszamy drogę przez dolinę Pustertal – za chwile ograniczenie do 40, bo roboty drogowe – ale jeszcze rano, ale oczywiście jadą za mną Karabinieri. Przezornie prędkość 70 km/h. Na szczęście bez konsekwencji. Teraz wjazd na autostradę Brennerską. Niekończący się sznur tirów na prawym pasie, więc osobówki ciągną lewym, ciasno, barierki bardzo blisko. Ale drogi ubywa, ale to nie trwa długo, najpierw widzę zatrzymują się duże ciężarówki, ale lewym, jeszcze jazda idzie, ale i tu stop – wypadek. No to stoimy. Jedyny dzień z pewną, ładną pogodą, a ja, zamiast śmigać po halach, stoję w korku. Już w głowie – nie lepiej było iść w Wysokie Taury albo Zillertale, leżące pod nosem od kempingu.

Już wymyślam plan, ze jak będziemy stać ze dwie godziny, to jedziemy w Dolomity – zobaczyć Pale di San Martino. Postój trwał nieco ponad godzinę, ruszyliśmy. Powód postoju – wywrócił się Tir, sprowadzono ogromny dźwig, żeby go podnieść. Zamiast na 9.00 powinniśmy być na miejscu o 10.00. Jeszcze w granicy tolerancji. Humory znów dopisują, zjeżdżamy z autostrady – teraz już chyba nie będzie korków – a du..a. Po pół godziny jazdy, będąc już około 20 km od celu – stoimy. Roboty drogowe. Leją asfalt. A od autostrady, żebym się czuł bezpiecznie, znów miałem na ogonie cały czas wóz Carabinieri.

Ile można stać, czekając na zielone światło? Oczywiście ponad godzinę. Wreszcie skręcam w wąską drogę do Peio. Stąd jest kolejka do stacji o nazwie Peio 3000. Znajdujemy tani parking niedaleko dolnej stacji 3 Euro. Cena – 23 Euro, nie wydaje mi się to strasznie wysoka, porównując choćby do słowackiej Łomnicy.

Najpierw mała kabinówka na około 2000 m, a potem duża gondola na 3000. Oczywiście w środku maseczki. Na plecami mamy ładny widok na masyw Adamello – Presanella.


Wysiadamy z kolejki – gdzie iść – żadnych oznaczeń – podchodzę za tłumem – ale nie tędy droga. Większość ludzi idzie zrobić sobie fotki na śniegu. Pozostaje odpalić Bergfexa – trzeba wrócić się do stacji kolejki i zejść w dół, ponad 200 m na widoczne jeziorko. Snujemy się po piarżysku i na przełaj docieramy do widocznej już ścieżki.

Po drodze trzeba przeskoczyć po kamieniach przez rwący potok. Ścieżka jest widoczna jedynie na wypłaszczeniu, koło jeziorek, potem jest kamienna morena i śnieżne pole – mały lodowczyk. Poniżej idzie dwójka Włochów – podobnie jak my, szukają drogi. Idę przez śnieg czymś, co wygląda na ślady innych turystów. Wysoko widać schronisko Mantova – najwyżej położone w Alpach Wschodnich – tam mamy dojść – około 800 m przewyższenia. Włoski turysta dostrzega żółta ciapkj na skale – to niby ścieżka, ale generalnie trzeba samemu sobie szukać trasy po błotno – gliniasto – piargowym stoku. Czasem można się zasugerować ową żółta ciapką.

Podejście do grani trwa około 1,5 godziny. Cały czas widok jedynie w stronę Presanelli, ale już mgły zaczynają przesłaniać cokolwiek. Gdyby nie korki, bylibyśmy na szczycie z ładną widocznością, a tak zaczynamy mieć mleko. Gdy docieramy do głównej grani, jest trochę więcej turystów, ale nie za dużo.

Teraz szlak już wygodniejszy – kamienie, a nie osuwający się piarg. Ciężko będzie zejść. Podejście do schroniska trwa około godzinę. Tutaj dopiero widok na grupę Ortlera. Ale nie zbawiam tu za dużo czasu, chwileczka odpoczynku i na szczyt – jeszcze kolejne pół godzinki.

Na wierzchołku – radość – tutaj słońce – większość szczytów na tym samym poziomie – znajdujemy się powyżej lodowców, w oddali Konispitze, Ortler praktycznie zasłonięty. Dalsza panorama na odległe szczyty Szwajcarii czy Austrii zasłonięta przez chmury, ale mimo przeciwności – główny cel tegorocznego wyjazdu osiągnięty. Ładnie prezentują się bliższe, lodowcowe wierzchołki Punta San Matteo czy Monte Cevedale.

Niestety, przez obsuwę w czasie, nie mogę zbyt długo tu siedzieć, trzeba zdążyć na 17.00, bo wtedy odchodzi ostatni wagonik w dół, dokładnie 17.20, ale nie chcę celować w ostatni. Teraz to co najmniej przyjemne w chodzeniu po górach – zejście. Na piarżysku kolana dostały za swoje, potem dupozjazd po śniegu, myślałem, że odmrożę sobie tyłek i ręce.

Ale najgorszym odcinkiem okazało się ponad 200 m podejście, z powrotem do stacji kolejki. Myślałem, że wyzionę ducha – zaczęło mi brakować tchu, jakby ktoś mi odciął prąd. Sądzę, że dopadła mnie z opóźnieniem choroba wysokościowa. Serce chciało mi wyskoczyć z klatki. Chyba jestem już za stary na tego typu wysiłek na takiej wysokości. Ostatkiem sił i chyba tylko siłą woli doczłapałem do celu.

Jakież szczęście, gdy już wygodnie zacząłem zjazd. Na osłodę znów się trochę odsłoniła Presanella. I powrót z klimatu podbiegunowego do ponad 30-stopniowego upału. Tym razem 180 km – w drodze powrotnej – bez korków. O 19.00 na kempingu. A jak smakowały pulpety z zupką chińską chyba nie muszę wyjaśniać.

PANORAMA Z MONTE VIOZ

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

+ 48 = 49